Ballada o świętej


Jeszcze w dniu urodzenia, przeżywała cud.
Jasny cel na jej drodze, sformułował los.
Poczekać aż dorośnie, teraz trzeba jej.
Douczać aby ciało, też poczuło zew.
Pracować żeby z duszy, wrósł barwny kwiat. 
I aby świat zrozumiał, że swe piękno ma.
Ręce już są gotowe, w głowie pomysł jest.
Już dawno wykiełkował, na jej Ziemi Serc.
Warunki nie sprzyjają, morski wielki sztorm.
Burzy spokojne życie, nie chce przestać on.
Dziewczynka z zapałkami, musi dalej iść.
Na przekór trudnym wiatrom, z oczu płyną łzy.
Biedna idzie do lasu, tam swój znajdzie dom.
Posłucha śpiewu ptaków, i on natchnie ją.
Napisze co wymyśli, słowny piękny dzień.
Złamanie biedne skrzydła, wtedy zrosną się.
Jeszcze się nie zaczęło, a już kończyć trza.
Ale podąża wiernie, tak nauczył świat.
Marzenie tylko w głowie, w rękach cały trud.
Gdy przychodzi zmęczenie, pojawia się duch.
On nigdy nie zawiedzie, to jej babci znak.
Kochała ponad wszystko, teraz w niebie tam.
Na Ziemi całkiem sam, mamę zabrał rak.
Ojca nigdy nie znała, domu był jak pan.
Gdy żony mu zabrakło, rozwiązano nić.
Mówił że się nie zmieni, po co więc z nim żyć.
Gdy osiemnastka mija, rusza w siną dal.
Wypełnić to zadanie, które dał jej świat.
Podróże dokształcają, teraz już to wie.
Przeżyła przecież biedę, ucieczkę śmierć gniew.
Osiada najpierw w Wilnie, lecz nie dobrze jej.
Przez Paryż Moskwę Londyn, teraz błąka się.
Kiedy nareszcie trafia, mówi że to dom.
Jedno maleńkie okno, izba z zagrodą.
Może to niezbyt wiele, jednak jest i on.
Brązowy wielki ogier, co go Tyran zwą.
Początkowo nieśmiała, później lata tak.
Trzy metry ponad niebem, to nie przeszkoda.
Razem niepokonani, wyścig wygrywa.
Pojawia się nadzieja, może przyszłość ma?
Choć mówią że to zwierzę, on rozumie ją.
Miłość to niczym z bajki, utworzyli dom.
Wygrać kolejny wyścig, jednak nagły sztorm.
Umiera ukochany, jej jedyny koń.
I gdzie jest ten sens życia, teraz runą on.
Poznaje wtem mężczyznę, nowy życia cel.
Mężczyzna jest kapłanem, to nie wielki grzech.
Pokazał że Bóg Panem, życie zmienia się.
Dwadzieścia cztery lata, zakon jej się śni.
Wtedy do drzwi jej domu, puka dziwny typ.
Ma głowę ogoloną, w ręce mięsień lśni.
Mówi że komandosem, wojna igra z nim.
Jednak to jego oczy, przewracają świat.
Wyjeżdża na kraj świata, bo kazali tak.
Powraca raz na roczek, wolny miesiąc ma.
Chce zostać lecz nie wraca, wszystko jest nie tak.
Przecież już cztery lata, tak wciąż czeka i
Zakonny sen powraca, listem zrywa z nim.
Jednak tak łatwo nie chcę, w głowie nowy cel.
By wstąpić do zakonu, gdzie potrzeba jej.
Wyjeżdża więc do Chile, potrzebują tam.
Bo ktoś musi pracować, tak naucza Pan.
Ją misja śle do Konga, przystosuje się.
Maleńka biedna chatka, w środku płomień w niej.
Tak łatwo się mówiło, lecz za ciężko tam.
Powraca z tego Konga, bo ją woła świat.
Przyjeżdża rezygnuje, tak oznajmił Bóg.
Gdy śniła pewnej nocy, zobaczyła cud.
Czterdziestka dawno mija, lecz nie spocznie już.
Jako nauczycielka, angielskiego ucz.
Ta praca jednak nudna, przełomowe bum.
Jej ojciec wnet umiera, po co zbędnych słów.
Tak wielce zrozpaczona, lekcję dał jej jak.
Nie zapaść się w cierpienie, mimo bólu ran.
Szramy nie zabliźnione, krwawią mocniej wciąż.
„Lecz sama nic nie zmienię”, szansę da jej los.
Powroty i dążenia, trudno szukać dróg.
Jednak rozumie wiernie, czas to nie jest Bóg.
Kiedy już zdjęła habit, wolny wybór ma.
Odwiedza właśnie Indie, i poznaje tam
Pięknego wysokiego, niczym rajski bluszcz.
Włosy koloru lata, ciało niczym busz.
Jeszcze nie ujarzmiony, zagubiony tak.
Zamierza nie znając celu, wolny niczym ptak.
Ten uśmiech oszałamia, dotyk sprawia ból.
Dzielą wielkie różnice, łączy wspólny puls.
On ciągle ryzykuje, ona nie wie jak.
Nie zna przecież kultury, obcy jego kraj.
Jednak pomimo przeszkód, zaczynają już.
Szukają rozwiązania, to enigma burz.
Ona zostaje w Indiach, i poświęca się.
Strzeże domu ogniska, on rozpala je.
Kolejną rewolucję, chce zgotować los.
Wyczekuje wyzwania, zawołania w głos.
Choć warunki są trudne, ona przy nim trwa.
Nie popadną w ruinę, miłość w sercach gra.
Pragnie wrócić do Polski, więc dziś mówi mu
„Tam czeka lepsze życie, proszę ze mną chodź”.
Nie zostawi rodziny, duma w piersi gra.
Ona jedzie zostawia, swego kochanka.
Codziennie listy piszą, lecz zerwanie już.
Odgórnie przesądzone, próba to i cios.
Nie postanawia wrócić, poświęciła się.
A on po prostu żyje, nie ryzykuje.
Serce nie ubłagane, ciągnie znowu w dal.
Odwiedza teraz Moskwę, serce z żalu łka.
Już wie że musi wrócić, on umiera tam.
W malutkiej biednej chatce, już u nieba bram.
Gdy słyszy głos znajomy, i znajomy płacz.
Jest żywym choć zraniony, plaster dał mu świat.
Miłość znowu kiełkuje, z piersi głośny krzyk.
„Dwa serca połączone, los przegrywa i
Oto ślubny kobierzec, przygotował Bóg”.
Po drodze do ołtarza, widzi cud Bóg dał.
I wie że musi znowu, stanąć u tych bram.
Klasztorne powołanie, znów ocucił Pan.
Sześćdziesiąt cztery lata, ona nadal łka.
Jest teraz gdzie nie dotarł, żaden ludzki ślad.
Misja to niebezpieczna, nawracanie tych.
Którzy na kraju świata, mają swoje drzwi.
Wtem nagle żmija kąsa, bliski koniec dni.
W habicie i klęcząca, prosi „Wybacz mi!”.
Wołanie wysłuchane, w ręku maku kwiat.
To symbol jej miłości, dał go jej Bóg Pan.
W drodze powrotnej widzi, rozmazany punkt.
Mówi „Pilocie wracaj, lecę tam gdzie Bóg”.
Samolot nagle spada, Ona żyje i
Z samego końca świata, już do Rzymu śni.
Tam wchodzi do katedry, woła „Boże mój”.
Oddając swego ducha, piąty widzi cud.
Przecież zwyczajne dziewczę, ze zwyczajnej wsi.
Świętą Bożą się staje, czy wierzycie mi?
Ona tylko marzyła, by prowadził On.
Oddała kierownicę, nie dała się łzom.
Choć dziwne Boże drogi, zaufała im.
A teraz jej poezję, podziwiamy my.

Komentarze

Popularne posty